Data publikacji: 2016-03-25
Autor: Marcin Węcławek
Autor zdjęć:
A gdyby tak olimpiadę miała przygotować czwórka uczniów? W cztery miesiące? Takie rzeczy dzieją się w Warszawie, przy udziale Fundacji Legii. Można zostać bohaterem w swojej szkole, zdać na piątkę zupełnie inny egzamin dojrzałości.

Przedtem

Słyszeliście o programie „Zwolnieni z teorii”? To ogólnopolska olimpiada dla uczniów szkół ponadgimnazjalnych i studentów. Chodzi o to, żeby sprawdzić się w dziedzinie zarządzania i animować projekt społeczny. Zrobić coś dla kogoś, a zarazem dla siebie. Pierwsza edycja „Zwolnionych…” to 7000 uczestników, 339 projektów i – co najważniejsze – 500 tysięcy beneficjentów. Macieja Jakóbczyka, ucznia, do działania zachęciła właśnie reklama tej inicjatywy.

– Wtedy w głowie zaczęły mi się pojawiać różne pomysły. Zacząłem dyskutować ze swoją dziewczyną, szukać opcji. Zainspirowałem się swoim tatą, który dwa lata temu zorganizował  międzynarodowy turniej w piłkę nożną, myśląc, że może taki event jest fajnym rozwiązaniem. Poszerzyliśmy grono współpracowników. Cała późniejsza koncepcja stała się wynikiem burzy mózgów. A to przecież więcej niż wydarzenie sportowe – mówi Maciek.

Co wymyśliła czwórka licealistów? Olimpiadę Sportów Drużynowych adresowaną do wychowanków domów dziecka i placówek wychowawczych – dwunastolatków i młodszych. To od początku miało wykraczać poza zwykłe zawody. Nie tylko za sprawą innowacyjnego regulaminu – zespoły losowały dyscyplinę, w której rywalizują – ale wydarzeń towarzyszących: spotkań ze sportowymi osobistościami, pokazów, warsztatów prowadzonych przez psychologów.

Na „dzień dobry”, wiadomo, euforia. Ale po niej przychodzi opamiętanie. Koleżanki i koledzy nie zwracają uwagi, mają swój świat imprez, co najwyżej pytają „A co ty właściwie będziesz z tego mieć?”. Nauczyciele muszą przełknąć nieobecności wynikające choćby z tego, że trzeba iść na spotkanie do Urzędu Miasta. Pojawia się lęk związany z tym, że partnerzy czy ewentualni sponsorzy nie potraktują poważnie niepełnoletnich.  Albo, że wszystko toczy się swoim oficjalnym tempem, kiedy chciałoby się, żeby było już zaraz, za chwilę. Trzeba uruchomić sieć znajomości. Dograć bardzo różne charaktery, być gotowym na dyskusje pod napięciem i telefony o siódmej rano.

– Jak zaczęliśmy tworzyć ten projekt, nie zdawaliśmy sobie sprawy z ogromu spraw do załatwienia. Po pierwszym spotkaniu byliśmy przekonani, że w życiu tego nie ogarniemy – przyznaje Kaja Szumilas, uczennica, prywatnie dziewczyna Maćka.

On zaś opowiada, że przez trzy miesiące sama olimpiada jako wydarzenie pozostawała czymś nierealnym. Czwórka zaangażowanych pracowała z błogą nieświadomością, że to się wydarzy. To pozwoliło podejść ze spokojem. I rzeczywiście spokój jest czymś, co bije od Maćka. Mówi rozważnie, bez zbędnych słów, cienia nerwów, jakby przez większość życia rozmawiał z dziennikarzami. Ale pozory mogą mylić.

– Maciek był mózgiem, ale podszedł do tego na tyle emocjonalnie, że musiałam go uspokajać – przyznaje Karolina Gil, która wraz z drugą Karoliną (Bałdygą) zamyka czwórkę organizatorów.

– Mieliśmy kilka kryzysów. Początkowo planowaliśmy osiem drużyn. Dwa dni przed olimpiadą zostałam powiadomiona, że jedna z nich nie przyjedzie. Trzeba było zachować zimną krew, wywrócić wszystko do góry nogami. Maciek musiał napisać na szybko nowy harmonogram. Kiedy zdaliśmy sobie sprawę, że to się dzieje jutro, pytaliśmy sami siebie „Czy to się w ogóle wydarzy”? – stwierdza Kaja Szumilas.

 

W trakcie

Wydarzyło się 12 marca na hali sportowej LXXVIII Liceum Ogólnokształcącego im. Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej w Warszawie. Olimpiadę wsparła m.in. Fundacja Legii – rozwój sportowy i intelektualny zarazem, wyrównywanie szans,  to coś, co idealnie wpisuje się w jej działalność statutową – Polski Komitet Olimpijski i Burmistrz Gminy Bemowo.

Wydarzenie startowało o 10 rano. Dwie godziny rozgrywek, poczęstunek i wydarzenia towarzyszące, później faza pucharowa, wręczenie pozyskanych nagród. W głowie organizatorów oczywiście dziesiątki pytań. Czy wszystkie drużyny przyjadą? Czy pizza dotrze na czas? Co w dalszej fazie rozgrywek, kiedy dwie drużyny grają, a reszta pauzuje? Czy maluchy usiedzą na spotkaniach z gośćmi?

– Trzeba pamiętać, że to dzieci. Może trochę inne, niż te, z którymi spotykamy się na co dzień, bo bardziej doświadczone przez życie, ale dzieci. Musieliśmy uwzględnić ich mentalność, ich małe dramaty. Kiedy płaczą, trzeba je przytulić. Ja patrzyłam na nich przez pryzmat swojego młodszego brata i czułam z nimi więź. Na pewno zapamiętam na długo część z tych twarzy – mówi Karolina Gil.

Wraz z koleżankami mogła się wykazać nie tylko w przerwach, kiedy dzieciaki zajęte były grą w kalambury, ale również wtedy, gdy jedna z drużyn przyjechała godzinę wcześniej.

Chwilę grozy przeżył Maciek, gdy doniesiono mu, że po dziecięcych szatniach kręcą się jacyś faceci.

– Pomyślałem „O Boże, co się dzieje”, poszedłem zdenerwowany na miejsce i okazało się, że przyjechali zawodnicy Warsaw Eagles – wspomina Maciek.

Futboliści amerykańscy byli załatwiani po znajomości, spodziewano się góra paru przedstawicieli. Tymczasem pojawiła się cała ekipa wraz z menadżerem, dwumetrowowe – jak nie na wysokość, to na szerokość – chłopiska w wielkich, robiących wrażenie strojach wraz z kaskami. Istniało ryzyko, że dzieci przestraszą się wielkoludów, ale nic z tych rzeczy. Oszalały już za sprawą możliwości złapania nietypowej, jajowatej piłki, najpierw momentalnie ucichły wpatrzone w zawodników, potem zaś nastąpił taki szał, że pierwszy raz tego dnia organizatorki musiały podnieść głos, żeby opanować emocje. Ale jak tu nie być rozgorączkowanym, kiedy futbolista dźwiga na ręku trzy uwieszone dzieciaki?

Najmłodsi nie mogli się odczepić od misia Kazka. Dzięki niemu czas do rozdania nagród szybciej zleciał. – Zanim odtwórca roli misia przebrał się w kostium, mieliśmy okazję go przymierzyć. Mi zrobiło się słabo po dwóch minutach – przyznaje z podziwem Karolina Gil.

Rozrywana była również mistrzyni Europy w koszykówce Katarzyna Dulnik i dyrektor sportowy Legii, piłkarz, wielokrotny reprezentant kraju, Michał Żewłakow. Sportowcy musieli być gotowi na trudne pytania, ale też na zdjęcia, autografy na każdej możliwej części garderoby i ciała.

– Wiedzieliśmy, że Pani Kasia i Pan Michał mają czas do określonej godziny. I tak poświęcili nam prawie połowę soboty. Musieliśmy więc przerwać zajęcia i powiedzieć, że goście muszą iść, bo dzieci nie chciały ich puścić – wspomina Kaja Szumilas.

A co z właściwą częścią przedsięwzięcia, olimpijską rywalizacją? Ku uciesze siedmiu startujących drużyn – udział wzięły Świetlica Caritas, FC Piorun, Orły Ignacego, MOS Radość, Ognisko Bielany, Ognisko Mokotów i  Ognisko Okęcie –   dominowała piłka nożna, koszykówki nie wylosowano w ogóle, w zbijaka grano natomiast dwa razy. I tu kolejna rozterka – bo przedział wiekowy ustalony, ale dzieci rozwinięte bardzo różnie.

Dylemat rozwiązał się sam. Więksi przyszli zapytać sędziego co mogą zrobić, żeby dać tamtym pograć. Pozwoli strzelić mniejszym kilka bramek, bo chcieli być w porządku.

– A potem było trochę nerwów, bo mali utarli większym nosa – śmieje się Maciek, pełniący funkcję sędziego właśnie. – Grałem w piłkę siedem lat i takiej atmosfery fair play nigdy na oczy nie widziałem. Przez cztery godziny rozgrywek przydarzyły się może ze trzy faule. Nie musiałem używać gwizdka.

– Drużynom zdarzyło się spierać przed meczami. Przeprosili się, podali sobie ręce, zagrali bardzo czysto. A w przerwach kopali między sobą piłki, integrowali się nawzajem – wyjaśnia Karolina Bałdyga.

Na wysokości zadania stanęli nie tylko uczestnicy, ale i organizatorzy, zmuszeni by na bieżąco radzić sobie z krystalizującymi się problemami. Na przykład bezlitośnie upływającym czasem.

–  Przydarzyła się obsuwka czasowa, do rozegrania były jeszcze cztery mecze. Czekał wiceburmistrz… Zrobiło się nerwowo. Nie chciałem niczego skrócić, ani niczego odwołać.  W końcu wypracowaliśmy kompromis, skróciłem spotkania, ale minimalnie – wyjaśnia Maciek.

Wygrała drużyna MOS Radość.

Organizatorzy byli tak zmęczeni, że poszli tego dnia spać wczesnym wieczorem, już o godzinie 21.

 

Potem

A kiedy już odespano, przyszedł czas podsumowań. Koledzy i koleżanki, którzy wcześniej pytali „dlaczego”, patrzyli z podziwem. Burmistrz Bemowa zaprosił na kolację. Okazało się, że impreza ma rangę, o którą czwórka organizatorów wcale nie zabiegała. Tak wyszło. Gdzieś na horyzoncie majaczyła nagroda dla zaangażowanych, ale żaden z nich nie pamiętał nawet nazwy certyfikatu, który pełnił jej rolę.

Kaja Szumilas: Chcieliśmy pomóc dzieciom i sprawić im radość. Robiliśmy to sami dla siebie. Otwartość i chęć pomocy napotkanych po drodze ludzi bardzo miło nas zaskoczyła. Chcemy kontynuować działania w tym kierunku.

Karolina Bałdyga: Wychowawcy do nas podchodzili po pięć razy powtarzając jak było niesamowicie. Sami organizowali olimpiady, zawody między różnymi placówkami, ale nigdy nie działo się wówczas aż tyle. To dało nam mnóstwo satysfakcji,.

Karolina Gil:  – Dawno nie słyszałam, żeby moja mama tak mówiła wszystkim, jak bardzo jest ze mnie dumna. Zobaczyła we mnie kogoś innego, doroślejszego.

Kiedy czwórka uczniów żegnała drużyny, dzieci się do nich przytulały, dziękowały.

– Byłyśmy w szoku. Takie „dziękuję” usłyszane od podbiegający po wszystkim dziewczynek to najpiękniejsze „dziękuję” jakie słyszałam – wspomina jedna z dziewczyn.

Wspomniane „dziękuję” okazało się bezcenne, bo w pełni szczerze. Jest za co dziękować i z kogo brać przykład.

 

 

FUNDACJA JEST ORGANIZACJĄ POŻYTKU PUBLICZNEGO